?

Log in

No account? Create an account
Kyo

May 2010

S M T W T F S
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com

May. 9th, 2010

Kyo

Hope

Zaczęłam tłumaczyć piosenki. Zawsze to jakaś nauka angielskiego. Tłumaczeń wywiadów póki co nie chcę mi się ruszać. Za dużo roboty i efekt beznadziejny. Nie, żeby teksty piosenek tłumaczone przeze mnie były jakieś wspaniałe, ale zdecydowanie krócej się je tłumaczy...
W zasadzie ten zrobiłam do końca temu, iż Haruka mnie obudziła, gdy przysnęłam wczoraj. Dokończyłam go, nie jestem tak boska w wymyślaniu i tłumaczeniu jak Nopal, ale lubię ten tekst...

Apocalypica & Matthias Sayer - HOPE vol 2

Nadzieja jest pięknością
Uosabiającą
U jej stup, świat
Zahipnotyzowany

Milion fleszy
Milion uśmiechów
A na wybiegu
Ona kroczy z gracją

Ale w tym sercu ciemności
Nasza nadzieja spoczywa zagubiona i rozszarpana
Każda sława jak miłość jest ulotna
Gdy nie ma już nadziei

Ból i chwała
Razem
Ofiarą
Największej ceny

Jak trucizna w jej ramieniu
Jak szept, zniknęła
Jak wtedy, gdy anioły upadają

I w tym sercu ciemności
Nasza nadzieja spoczywa na podłodze
Każda miłość jak sława jest ulotna
Gdy nie ma już nadziei

Jak trucizna w jej ramieniu
Jak szept, zniknęła
Jak anioł
Anioły upadają

Dzięki Haru za komentarze do tekstu ;*

Feb. 10th, 2010

Kyo

The rape?

- Co, zgwałcisz mnie?
- A dlaczego nie…
- Jesteś obleśny…
- Na tym polega część gwałtu, prawda?
- Przeliczysz się…
- Bo co, dasz mi?
W odpowiedzi parsknęła śmiechem. Wiedziała, że ciągnięcie tej rozmowy jest bez sensu. Chciała mieć to już za sobą. Patrzyła niemal tępym wzrokiem, jak przybliża się, jak łapie za jej ramiona i powala na ziemię. Nie broniła się, w żaden sposób też nie zareagowała. Po prostu leżała na wznak i patrzyła się w biały sufit. Kontemplowała z najwyższą uwagą połączenie kabli, zawijasy na śniegowym kolorze oraz żółtawy blask żarówek. Jej całe ciało zostało szarpnięte, gdy zdzierał z niej spodnie. Była trochę zła na siebie, że akurat dziś nałożyła luźne, te wygodniejsze. Gdy wbił się w jej ciało zabolało tylko trochę. Poruszał biodrami szybko, chaotycznie, jakby bał się, że ktoś zaraz ich przyłapie. Cóż… dziwna myśl, jak na opuszczoną halę. Na chwilę zasłonił jej obraz białego sufitu. Jej kamienna twarz wprawiała go w złość. Przestał się poruszać.
- Mogłabyś się choć trochę ruszyć…. – popatrzył z pogardą w jej oczy. - Jak kłoda…
- Pierdol się… - nie powiedziała tego w złości, nie syknęła. Jej beznamiętny ton paraliżował każdą jego część. Tak, jak się spodziewała wyszedł z niej szybko i równie pospiesznie się ubrał. Zaś ona spokojnie nałożyła bieliznę i spodnie.
Zanim wyszedł popatrzył na nią dziwnym, zamyślonym wzrokiem, jednocześnie głupio się uśmiechając.
- Dziwka… - wymruczał i wybiegł z hali.
Popatrzyła za nim, zaciskając dłonie. Paznokcie wbiły się w skórę a pierwsze krople krwi spadły na różowawą podłogę.
- Czym jest gwałt, jeśli nie psychicznym upokorzeniem kobiety? – wymruczała i wróciła do przerwanego zajęcia.
Kyo

Dream Wedding

Siedziała przez chwilę w całkowitym bezruchu. Oczy koloru jasnego nieba zdawały się być po prostu szklane. Nie był to piękny błękit. W jej oczach nie było nic, co mogłoby przyciągnąć uwagę idącego ulicą mężczyzny.
Nieśmiała, o włosach miedzianego blondu.
Zamrugała kilkakrotnie by wrócić do przytomności. Uśmiechnęła się do siebie w lustrze. Dziś po pracy znów się z nim zobaczy i tym razem wrócą do niej. Do jej domu. Będą mieszkać razem.
Zapatrzyła się na jedno z jego zdjęć powtykanych w złotą ramę lustra. Był zniewalającym człowiekiem, o wielkiej charyzmie, niesamowitych oczach i ujmującym głosie. Był dla niej całym światem. Jest dla niej całym światem.
Kosmosem, którego nie potrafiła nawet dobrze pojąć.
Wzruszyła nieznacznie ramionami. Przecież się zakochała, więc nikt nie powinien się dziwić jej stanowi ducha, ani nieroztropnym poczynaniom.
Jakie to wszystko było proste…
Omiotła spojrzeniem pokój. Puste kubki po herbacie, stos porozrzucanych kartek w każdym możliwym miejscu, nawet tak dziwnym jak wazon z wyschniętymi kwiatami.
Ludzie mówią, że trzymanie wysuszonych kwiatów to oznaka więdnącej miłości.
Ale przecież ona jest kochana. I kocha.
Wstała z zamiarem uprzątnięcia sterty niepotrzebnych rzeczy. Taki bałagan, to chyba nie najlepszy początek na wspólną drogę przez życie. Teraz musi nauczyć się żyć, gdy ktoś jest obok.
Do pracy przyszła lekko spóźniona, jednak nikt nie robił z tego poważnego problemu. Na ogół stawiała się punktualnie. Poza tym… nikt specjalnej uwagi na nią nie zwracał. Usiadła przy biurku i popatrzyła z rozmarzeniem na pierścionek, który widniał na jej serdecznym palcu. Piękny z malutkim oczkiem. Diament odbijał promienie słońca wszystkimi kolorami tęczy.
Podskoczyła, gdy zaczepiła ją koleżanka z pracy.
- Zaręczyłaś się? – wysoka brunetka popatrzyła z lekkim uśmiechem na jej dłoń, by po chwili przenieść wzrok na jej rozpromienioną twarz. W odpowiedzi kiwnęła głową. Żadne słowa nie chciały przejść prze jej gardło. – To wspaniale! Kiedy ślub?
- Za trzy miesiące. To będzie cicha uroczystość…
- Rozumiem. – pokiwała entuzjastycznie głową. – Tylko rodzina i najbliżsi znajomi? – popatrzyła na nią przechylając głowę. Zdziwiła się, gdy zobaczyła pierścionek na jej palcu, bo dotychczas nigdy nie wspominała nawet słowem, że kogokolwiek ma. W zasadzie na ogół z nikim z biura się nie zaprzyjaźniła, podczas gdy cały dział wychodził do pubu, ona zostawała w pracy, albo szła prosto do domu. Wzruszyła niedostrzegalnie ramionami. Może pomyliła się w ocenie.
- Tak, tak… Niewiele będzie osób… - spojrzała na nią. – Jak myślisz… jaki kolor najbardziej pasuje do czarnych oczu?
Zdziwiona jej pytaniem, w pierwszej chwili otworzyła szeroko oczy, jednak po sekundzie opamiętała się.
- Do czarnych? … Myślę, że wszystkie… Dlaczego pytasz?
- Chcę kupić kilka koszul…. I nie wiem, w jakim kolorze.
- Oh… o to chodzi! – uśmiechnęła się z minimalnym zażenowaniem. – Dla narzeczonego, tak? Hmmm…. W takim razie myślę, że będzie pasowała biel… zależy od sytuacji. Chcesz mu kupić wyjściowe?
- Nie, nie…
- Więc i błękit będzie dobry…, O! Albo nawet zieleń, ciemna, oliwkowa….
Dalej już nie słuchała… W zasadzie zadała te pytanie na odczepnego. Kiedy wyjdzie z pracy sama pójdzie do sklepu i cos wybierze.
Stojąc przy wieszakach zastanawiała się, gdzie upchnie wszystkie jego rzeczy w swoim domu. Mieszkanie nie było wielkie, ale żyło się w nim wygodnie.
- W czymś pani pomóc? – Sympatycznie wyglądająca ekspedientka podeszła do niej i pytaniem wyrwała z rozmyślań.
- A nie, nie… Już znalazłam…
Spojrzała na zegarek. Było wpół do piątej. Szybko wybiegła ze sklepu, wszak na szóstą miała przymiarkę sukni ślubnej. Wpadła do autobusu, jakby ktoś ją gonił. Zdyszana oparła się o szybę i popatrzyła przed siebie.
Suknię wybrała białą, długą z zakrytymi rękawami. Nie lubiła się zbytnio obnażać. Spojrzała na swe odbicie w wielkim lustrze. Wyglądała… zwyczajnie…
Pokręciła głową. Zmieniła zdanie i kazała odpiąć rękawki. Gdy delikatny materiał opadł na ziemie odsłaniając jej sylwetkę uśmiechnęła się.
- Tak, tak będzie dobrze.
Wychodząc z budynku spojrzała w granatowe niebo. Teraz czas na spotkanie…

Nawet nie podejrzewała, że w pracy szykują jej ślubny prezent. Monika z dołu też dostała ślubny upominek od całego zespołu, to i oni nie będą gorsi. Kupili jej ekspres do kawy. Nic lepszego nie przyszło im do głowy, a tydzień do ślubu to stanowczo za mało czasu, by rozejrzeć się za czymś innym. Karolina zwinnym ruchem zawiązała ozdobną kokardkę na opakowaniu. Jednak tego dnia nie zjawiła się w pracy. Czekali zniecierpliwieni i poirytowani.
Nikomu nic nie powiedziała, że nie przyjdzie, nie brała też wolnego… W głowę zachodzili, co też mogło się stać. Jednak po dwóch godzinach czekania, każdy wrócił do roboty. Wolnego przecież nikt im nie dał.

Siedziała wpatrzona w szafę, gdzie powiesiła jego nowe koszule. Wszystkie idealnie wyprasowane, nietknięte. Upiła łyk białego wina, a gdy kilka kropel poleciało jej na ślubną suknię, nawet nie drgnęła. Welon zahaczył o wezgłowie łóżka, przy którym siedziała, ale na to też nie zwróciła uwagi. Starannie zrobiony makijaż przez kosmetyczkę diabli wzięli, gdy niechcący potarła dłonią oko. Ale to nic, przecież nie kocha jej za makijaż, tylko za to jaką była osobą. Upiła kolejny łyk i podniosła drugą dłoń z jego zdjęciem, wyciętym z gazety. Gackt uśmiechał się do niej jednym z tych obezwładniających uśmiechów.
- Kocham cię.. - wyszeptała w tym samym momencie, gdy drzwi otworzyły się, a w progu stanęła jej matka. Popatrzyła na cały bałagan w pokoju i przeniosła smutny wzrok na córkę. Serce bolało ją, gdy na to patrzyła. Zza jej ramienia wyjrzał starszy syn i położył ostrożnie na nim dłoń.
- Wiesz dobrze, że powinniśmy ją oddać… - szepnął najdelikatniej jak umiał.
- Ale ona przecież jest normalna, ma prace, ma zainteresowania… ona tylko nieszczęśliwie się zakochała….
- Mamo… - przerwał jej cicho. – Wiesz, że tak nie jest…. To obsesja… Od dawna nie ma jej już z nami… żyje tylko nim…
- Ale… - starsza kobieta spuściła głowę i pozwoliła odprowadzić się do samochodu.
Odwróciła głowę, by nie patrzeć, jak jej dwaj synowie wynoszą siostrę wraz z lekarzami. Nigdy nie zdawała sobie sprawy, że tak mogą potoczyć się losy dziewczynki, która uwielbiała po prostu swojego idola. Czy rzeczywiście taka skrajność w emocjach mogła ją zabić wewnętrznie? Przymknęła oczy, choć pojedyncza łza zdążyła uciec spod powiek i spłynąć po policzku.
Miłość… więc co to właściwie znaczy? Czy przerodzona w taką obsesję, nadal nosi jej miano?

Jan. 30th, 2010

Kyo

Take me higher

Dedykuję go Nopal, bo mnie natchnęła...



Bo to nie pierwszy raz…
Nie, nie pierwszy.
Jak długo?
A czy to ważne?
Ile razy?
Wiele.
Jesteś szczęśliwym człowiekiem?
Jestem tak szczęśliwy, że to aż boli.
Boli?
Cholernie.
To paradoks.
Jak całe życie.
Twoje życie?
Każde.
Jesteś popieprzoną mrzonką.
To jak ty jesteś lukrowym lizakiem.
Zniszczyłeś mi życie, wiesz?
Wiem.
Nie rusza cię to?
Nie wiem…
Nie wiesz? Jak możesz być takim człowiekiem? Nie… ty nie jesteś człowiekiem, jesteś pusty w środku, jak plastikowa lalka, która nie ma żadnych uczuć.
To też jak ty. Jesteś kukiełką, która dała sobą sterować, marionetką w moich rękach. Poruszającą się w rytm moich ruchów sznurkami.
Nienawidzę cię.
Nie prawda. Ty mnie kochasz.
Kocham? Ukradłeś mi dziewicze serce.
Tak. Jest moje.
Zabrałeś mi wszystko.
Powtarzasz się… Jesteś dziwną osobą. Silną, a jednocześnie podatną na sugestie.
Bo dopiero teraz wiem, że ty mnie nie kochasz?
I tu leży twój problem. Często myślisz sercem a nie głową.
A ty nadal pożądasz mojego ciała a ja go tak nienawidzę.
Trudno go nie pożądać… Nienawidzisz, bo wszyscy go pożądają.
Więc sobie je weź jeszcze raz…
Chcesz, bym je wziął?
Nie, jest mi to obojętne.
Dlaczego?
Przecież to tylko ciało, którego nienawidzę, bo jest piękne. Powłoka. Weź je.
Chcesz umrzeć?
Śmieszne, przecież ja nigdy nie żyłem. Zupełnie jak ty.
Jak ja?
Zaskoczony? Tak, dokładnie jak ty.
Ja… Więc chodź i skonaj w moich rękach…

Oct. 20th, 2009

Kyo

Deszcz

Wprawdzie nadal nie uważam, by moja twórczość, czy jakkolwiek to nazwać była dobra, postanowiłam zamieścić coś odrębnego. Coś, co mam nadzieję choć trochę wpłynie na osobowość i pozwoli się zastanowić, czy to co mamy tak naprawdę nie czyni nas szczęśliwym. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że są ludzie, którzy nie mają dostatecznie wiele, by choć na chwilę się uśmiechnąć. A przecież ku temu, tak mało trzeba...

Biegłam długo, wiecznie jakby niesiona wraz z wiatrem. Olbrzymie krople deszczu wbijały się w moje ciało milionami igieł bólu. Cierpienie wypełniające moje serce, kazało mi uciekać i schronić się w ramionach samotności. Bez namysłu podążałam więc tą drogą, nie oglądając się za siebie. Dziecko o rozbujanej wyobraźni skrzywdzonego pisklęcia i rozpaczą w młodym sercu. Bezkres w oczach i nieufność nigdy niezastąpionych czułością i sentymentem.
Marzenie wypowiedziane głośno rozmyło się w szarej chmurze wraz z zachodem słońca. A deszcz wciąż padał… rozmywając moje ślady, by już nigdy nikt nie podążał moim szlakiem, by żaden cień nie uczył się ode mnie.
Zatrzymałam się.
Z trwogą i niesłychanym przerażaniem doszło do mnie, że jest już wieczór. Ciemność powoli zakrywała chmury, z których sączyły się łzy Boga. Odchyliłam mocno głowę, by móc spojrzeć na ten cudowny wytwór natury. Deszcz, uwielbiany przeze mnie, znienawidzony przez wielu. Ale tylko tak, tylko kiedy padał deszcz mogłam wyjść i spokojnie pospacerować. Nikt na mnie wtedy nie patrzył, nie krzywdził i nie miłował.
Jednak teraz jestem wystraszona. Miałam wrócić przed dwoma godzinami. Ojciec będzie zły.
Znowu.
Nagle, irracjonalnie do sytuacji, uśmiechnęłam się. W zasadzie to nawet było wszystko jedno, o której wracam. Zawsze znalazł się powód, dla którego codziennie na moim ciele przybywał nowy krwiak, zasinienie, czy delikatne zadrapanie.
A potem przeprosiny. Tak… wielkie przeprosiny… Kiedy skruszony wkradał się do mojego pokoju i przepraszał… Przepraszał tak mocno, że koniecznie chciał mnie przytulić, potem na pocieszenie scałowywał słone łzy z policzków i powiek, a w końcu pocieszał usta, bym nie mogła wydusić odmowy, bo przecież przepraszał, prawda?
Potrząsnęłam głową. Niechciane obrazy natychmiast rozkruszyły się w nadchodzącej mgle. Nasuwała z północy, jej delikatne macki okalały mi nogi, które z wolna przecinały ją w zgrabnych małych susach. Kochałam taką pogodę. Było w niej coś tajemniczego, co napawało lękiem, nawet jeśli nie wiadomo było, czego miałabym się tak naprawdę bać. Duchów? Przecież nie wierzę w upiory i wszelkiego rodzaju demony. A jednak, kiedy się odwracam, tak odruchowo, dostrzegam w oddali czyjąś sylwetkę. Majaczy mi, zbliżając się, to oddalając, by w końcu stanąć tuż przede mną.  
Ojciec.
Odskakuję. Niestety nie zdołałam ukryć odrazy wymalowanej na mojej twarzy. Wiem, że to dostrzegł. Wiem, że podziękuje mi za to dziś, tak jak dziękował setki razy, jak przepraszał tysiące…
W mgnieniu oka chwyta mnie za włosy. Potworny ból, który przeszywa mnie elektryzującym prądem wzdłuż kręgosłupa, zaczynając od cebulek włosów, kończąc po koniuszki palców u stóp, ledwo wytrzymuję. Jednak mimo wszystko, syknięcie wypływa z moich ust. Wiem, że to go dodatkowo kręci. Niemal podnieca. Ale nie mogłam się powstrzymać. Skręca mnie z obrzydzenia. Zarówno do niego, jak i do siebie. Jak mogę być taką dziwką…
Sprzedawać się ojcu, za spokój przez następny dzień.
Nawet nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. Ale zawsze, gdy tylko kończył i wychodził z mojego pokoju, przez następne dwadzieścia cztery godziny nie pokazywał mi się na oczy.
Ale czasem bywały dni, gdy bił, potem koniecznie chciał zobaczyć, co mi zrobił.
Myślę, że nie jest normalny. Nie łączą nas więzy krwi, chociaż może powinnam tego żałować… Może swojej krwi by nie zbrukał…
Jednak, czy to ważne..?
Jego mocny ucisk czuję na ramieniu. Niemal słyszę pękające żyłki i wszelkie kanaliki, przez które przepływa limfa, krew.
Nie mogę powstrzymać łez. Nawet ich nie dostrzega, pada deszcz, więc mieszają się razem z makijażem na mojej twarzy, tworząc zapewne przepiękną mozaikę wszystkich barw. Zwłaszcza czarnej.
Coś mówi, jednak w ogóle go nie słucham. Mam przed oczami tylko to, co mnie czeka. Godzina rozrywającego bólu, przejmującego upokorzenia i dławiącego strachu. Ale kompletnie mną zawładną. Zawładną częścią mowy, ruchu i zmysłów. Wszystko to paraliżuje strach. Obawa przed tym, co nieuniknione.
Powinnam mu powiedzieć… Powinnam mu powiedzieć, że noszę w sobie jego część, która z każdym dniem obrzydza coraz bardziej mi życie. Ale nie powiedziałam. Nie zrobiłam też nic, co mogłoby go na tę myśl nakierować. Przestraszyłby się? Być może, albo wręcz odwrotnie. Robiłby to coraz częściej, bez zahamowań. Bo przecież i tak się już stało, więc co zależy…
A potem ukrywanie ciężarnej córki, bo „wie pan, jaka ta dzisiejsza młodzież. Seksu im się zachciało, a teraz problem”. Kiedyś mi powiedział, że jeśli zajdę z kimś w ciążę, mam się rzucić ze schodów. Bez skrupułów. Wykrzyczałam mu wtedy w twarz, że nigdy tego nie zrobię. Nie zabiję dziecka. A teraz tego żałuję… Jak mam żyć, nosząc w sobie dziecko, które jest owocem gwałtu, nawet połączonego z obsesją.
Jesteśmy bogaci, mamy siebie, uczucia i stracone życie, zarówno przed jak i za sobą. Bogactwo tego świata, którego ja nigdy nie chciałam, a które nic innego nie jest w stanie mi zaoferować.
Gdybym chodziła do normalnej szkoły… Gdybym… Ale nie robię tego. Nie robię też wielu innych rzeczy. Jestem tylko dziwką, co drugi dzień na usługach przybranego ojca, który widzi we mnie młodą kobietę… piętnastoletnią dziewczynę, lub też zwyczajną lalkę z porcelanową duszą, która kruszy się jednego dnia, tylko po to by następnego zostać sklejoną. I tak będzie już zawsze.
Wpadam na niego. Przez chwilę stoję otumaniona, nie wiedząc, co się dzieje. Wzrok z każdą sekundą wyostrza się i na nowo oswaja z ciemnością. Widzę jego sylwetkę i zarys twarzy. Brwi, których kolor teraz wydaje się czarny ściągnięte ku sobie, nie wróżą nic dobrego. Wiem, czego dziś będzie chciał…
Rozejrzałam się powoli na obie strony. Stoimy teraz na naszym podwórzu… Jest wielkie i zakryte wysokim żywopłotem. Pamiętam, jak chciałam kiedyś uciec. Wdrapałam się na jedno z drzewek, ale szybko mnie dogonił i chwycił. Obdrapana i poraniona wróciłam do domu. Myślałam, że zapłaczę się na śmierć… jednak nic się takiego nie stało.
Wciąż lustruje mnie wzrokiem, a po chwili, nadal patrząc na mnie, wyciąga zaokrąglony na obu końcach kij. Przez chwilę całym moim ciałem wstrząsają konwulsję, jednak szybko je opanowuję, hamując także wymioty. Widzę, jeszcze jak ją unosi, a po chwili jedyne, co do mnie dociera, to zimny, przeszywający ból lewego ramienia. Natychmiast padam na kolana i przytrzymuję pulsujące miejsce drugą dłonią. W duchu, łykając łzy, dziękuję Bogu, że nie zmiażdżył ani nie połamał kości.
- Rozepnij. – Rozkazał, a w uszach zadźwięczał mi jego chrapliwy, ganiący głos. Niezdarnie zaczęłam rozpinać mu spodnie, nadstawiał się raz po raz, tak by jak najszybciej jego ucisk w spodniach zelżał. Nawet przez gruby materiał dżinsów wyczułam, jaki jest twardy, wyczekujący i odpychający. Ze strachu zaschło mi w gardle. Oblizałam usta, co uznał za oznakę gotowości. Dostałam w twarz. Krótkie mokre włosy przykryły mi piekący policzek, kiedy głowa odleciała w bok. Kątem oka dostrzegłam jak sam rozpina pasek i wyciąga, jak sam nazywa, „swojego małego”. Prawie dławię się nadchodzącymi wymiotami, w ostatniej chwili łykam je, krzywiąc się możliwie najmniej widocznie. Inaczej znowu bym dostała.
- Bierz. – Podstawia mi „małego” prosto na wprost ust. Zawsze chciałam go tak po prostu chwycić i jak najmocniej zacisnąć zęby.
Nie, oczywiście, że tego nie zrobiłam.
Rozchyliłam usta prawie niedostrzegalnie, jednak najwyraźniej na tyle mocno, by mógł pchnąć swoimi biodrami i wpakować mi go niemal całego do ust. W pierwszym odruchu zakaszlałam się, a z oczu ponownie wypłynęło kilka łez. Ale posłusznie chwyciłam go u nasady i zaczęłam obciągać mu możliwie jak najszybciej. Przez chwilę przemknęła mi przez myśl nadzieja, że dziś nie skończy w moich ustach.
Nie minęła minuta, jak podniósł mnie za włosy. Znowu potworny ból, rozchodzący się prądami po ciele. W odpowiedzi zdołałam jedynie jęknąć. Nitka ślina zwisała mi jeszcze z warg, gdy zachłannie wtargnął pomiędzy nie swoim językiem. Piekielny odór, jaki poczułam był nie do zniesienia. Moja mina musiała to wszystko wyrażać, bo natychmiast znowu dostałam w policzek.
Lekko popchnął mnie na drzewo, stojące nieopodal żywopłotu, na tyłach domu. Kiedy się o nie oparłam, usłyszeliśmy czyjeś kroki. W jednej chwili zamarliśmy. Ja z upokorzenia i radości z nadejścia, on ze strachu. Niewiele myśląc… krzyknęłam, ile sił w płucach i całym ciele. Wszystkie siniaki i obolałe mięśnie odezwały się, ale było mi wszystko jedno. W sekundę znalazł się przy mnie i zakrył mi usta cuchnącą dłonią. Znałam ten smród. To z jego krocza. Smród niedomytego ciała, wymieszany z moczem i potem. Trzymał mnie, póki szelest liści nie ucichł. Okazało się, że to tylko jeż, może szukający pożywienia.
- Co to miało być?! – Wysyczał mi prosto do ucha, napierając jednocześnie swoim ciałem na moje. Nie wytrzymałam i wszystko, co miałam w żołądku, teraz znalazło się na ciemnym pniu i mokrej trawie. Żółć, wymieszana z krwią pokryła niemal wszystko. Od wczorajszego wieczoru nic nie jadłam, a podniszczone organy, które bolały z każdym ruchem, krwią potwierdziły, że nie zostało mi wiele życia.  A przecież chciałam żyć. Chciałam dalej wsłuchiwać się w głos piękna, które rozbrzmiewało wraz z nastawieniem płyty w odtwarzaczu, chciałam wciąż patrzeć na te niedoskonałe twarze, które były marzeniem niegodnym spełnienia. Chciałam kochać ich dalej, jak kochałam do tej pory.
Nagle, jak grom z jasnego nieba, poczułam lód na plecach. Uderzenie było tak silne, że na moment straciłam oddech, a łamana kość żebra wbiła mi się w warstwę podskórną. Czułam to. Czułam promieniujący ból z tamtego miejsca i ogłuszające dudnienie mojego serca, które przyśpieszyło niesłychanie. Krew napłynęła mi do ust, pomimo rozpaczliwego łapania oddechu. Wyplułam ją szybko, byleby nie tamowała powietrza. Moje oczy zaszły mgłą, co w danej porze i tak nie było istotne. Chwycił mnie za obolałe ramię, a ja przestałam udawać. Załkałam przeciągle, ale ponownie zostałam brutalnie uciszona. Jestem pewna, że jutro pojawi się zasinienie na kości policzkowej. Przymknęłam oczy. Cóż… Nie pierwszy i nie ostatni raz.
Odwrócił mnie do siebie i popchnął znowu na drzewo. Nie zrobił tego mocno, jednak moje ciało poczuło to aż nazbyt. Uderzenie zmiażdżyło kość żebrową, która wystawała robiąc kikut na plecach. Prawie słyszałam jak pęka, zapewne usłyszałabym nawet to, jak do płuc napływa mi krew, gdyby nie jego dyszenie nade mną.
Natychmiast ściągnął mi spodnie. Radził sobie zjawiskowo szybko. Cóż mogę powiedzieć… Miał wprawę. Nawet z mokrym ubraniem. Na bluzę nie potrzebował nawet cienia uwagi, rozerwał ją jednym pociągnięciem. Przylgnął zachłannymi ustami do moich piersi, wprawiając je w lekkie uniesienie. Nienawidziłam tego.
Natychmiast też poczułam jego rękę między nogami. Bez skrępowania wtargnął we mnie, zdawało mi się, że całą dłonią. Gdy się nasycił, zostałam obrócona do poprzedniej pozycji. Nie wiedziałam, co mnie boli bardziej. Roztrzaskana kość, serce, czy dusza. Wtedy po raz pierwszy powiedziałam cicho nie… I przysięgam, że gdybym wiedziała, co zrobi nigdy bym tego nie wypowiedziała…
Nie wiedziałam, nie mogłam wiedzieć. Jednak mogłam zareagować, jak zawsze…. Może wtedy… Może wtedy oszczędziłby mi dodatkowego bólu…
 Nabił mnie na siebie mocno, bez ostrzeżenia, jednocześnie wbijając kij. Zdawało mi się, że ryknęłam. Ryknęłam skamląc jak zwierzę. Poruszał raz sobą, raz kijem, dając sobie dodatkową podnietę. A ja z każdym pchnięciem wypluwałam haust sczerniałej krwi.
- Proszę… - wyszeptałam łkając. – Już… Proszę… skończ… - błagałam, byleby mnie zostawił. Nie mogłam już wytrzymać. Moje ciało dygotało, rozrywane powolnymi ruchami. Mieszało mi się w głowie, tak jak krew mieszała się ze śliną i łzami.
Bałam się już tylko jednego, że umrę.
Jego oddech przyśpieszył, co owocowało w nadchodzące spełnienie. Błagałam, by zrobił to szybko, by wyszedł ze mnie i zabrał ze sobą drewniany pręt. By mnie nie krzywdził. W tym momencie postanowiłam uciec. Nieważne gdzie, byleby jak najdalej od niego.
Tak, ucieknę.
Ta myśl dodała mi odwagi i siły, by wytrzymać jeszcze, do końca upokorzenie i ból. Bym wytrzymała radość i łagodny śmiech dochodzący do moich uszu.
Wreszcie, upragniona chwila nadeszła. Nie poczułam tego, nie czułam nic prócz pieczenia, bólu i krztuszenia. Jęknął spazmatycznie i przestał się poruszać. Wyjął kij i rzucił go na ziemię. Poczułam nie tyle ulgę, co następne wywołane cierpienie. Zerknęłam na przedmiot zanurzony w soczystej zieleni trawnika. Jeden z jego końców był we krwi i śluzie. Znowu zebrało mi się na wymioty. Zacisnęłam zęby i odwróciłam z jękiem głowę.
Dopiero wtedy zorientowałam się, że klęczę przy konarze, a policzek jest wymazany wymiocinami. Osunęłam się na ziemię. Była przyjemnie zimna i chłodziła moje rozgorączkowane ciało. Oddychałam z trudem, wciąż naprzemiennie to wypluwając, to łykając krew.
- Chcesz uciec, prawda? – Spytał z jawnym smutkiem w głosie. Otworzyłam oko, by spojrzeć w ciemność i jak mi się zdawało w jego twarz. Choć równie dobrze mogła to być gałąź, czy cokolwiek innego.
Nie wypowiedziałam słowa, z moich ust nie padło kompletnie nic. A jednak właśnie to było powodem jego niepohamowanego gniewu. Uniosłam rękę, jednak w tej samej chwili poczułam pękającą kość przedramienia. Elektryzujący ból zszokował mi wszystkie nerwy, przez co, na chwilę straciłam czucie w całym ciele. Jednak następne uderzenie przywróciło mnie do rzeczywistości. Wygięty palec na zewnątrz, ustawiony w nienaturalnej pozycji boleśnie mi to uświadomił. W blasku ogrodowej latarni dostrzegłam tylko ciemne plamy krwi, chociaż tego nie jestem pewna i wystającą kość. Wyglądała przerażająco, a mimo to ból niknął.
A może to sprawa kolejnych uderzeń kija? Stawały się coraz bardziej nieregularne, jakby się zmęczył. Bił nogi, bym nie mogła już nigdy uciec. Tak, to niewątpliwie dobry sposób zatrzymania. Pomyślałam o płodzie, o rozwijającym się w moim ciele dziecku, którego z pewnością już nie żyło. Nie powiedziałam mu, nie powiedziałam, że to jego dziecko. Nie powiedziałam, jak bardzo jestem nieszczęśliwa, że je noszę. Nie powiedziałam, jak bardzo go nienawidzę i jakim jest grzechem, by w ogóle chodził po tej trawie…
Nie dałam rady nawet się skulić i ochronić ciało. Otworzyłam drugie oko i patrzyłam w ciemność, patrzyłam na to, jak kaleczy moje ciało, jak okaleczył duszę, serce. Wszystko to, co chciałam zachować.
Jednak z moich płuc wydobył się ostatni jęk, przypominający słowo „nie”, gdy zobaczyłam kij zmierzający prosto w żebra.

 Bił bez opamiętania. Trzask łamanych kości, które po pęknięciach przebijały skórę nie robił na niego wrażenia. Najmniejszego. Patrzył w bladym światełku na otwarte ciemne oczy. Wpatrywały się w niego w niemym krzyku i błaganiu o zaprzestanie. A to jeszcze bardziej go nakręcało. Dawało przewagę nad jej życiem, bo mógł z nią zrobić, co chciał. Przecież to była jego własność, jego ukochana córcia. Chociaż nigdy jej nie powiedział, że była jego córką. Kłamał, mówiąc, że jest adoptowana, kłamał mówiąc, że przeprasza.
Spojrzał na nią.
Przestała oddychać. Jedną ręką trzymała podbrzusze. Zapatrzył się w to miejsce, poczym zwinnym ruchem naciągnął spodnie i wtargnął do domu. Po chwili wyszedł z niego dzierżąc w dłoni nóż kuchenny.
Ukląkł przy dziewczynie, odgarnął jej dłoń z ciała i wbił nóż powyżej pępka robiąc głębokie rozcięcie. Skóra rozrywała się opornie, robiąc nieprzyjemny hałas. Jednak niebawem wyjął to, czego się spodziewał.
Wciąż patrząc na dwumiesięczny płód wszedł wolnym krokiem do domu. W zapalonym świetle łożysko nie wydawało mu się takie straszne, jak je zobaczył w ogrodzie. Popatrzył na jeszcze przed godziną rozwijające się nowe życie. Ułożył je w półmisek i usiadł przy stole. Nożem rozerwał błonę. Wody płodowe natychmiast wypełniły naczynie, rozlewając i barwiąc wszystko na różowo.
Przez sekundę natknęła się mu myśl, że żałuje. Jego dziecko… To mógł być chłopczyk…
Bo przecież zawsze chciał chłopca… Dziewczyna to kara, bo z chłopcem są przyjemniejsze zabawy, prawda?